Mikrofikcja: Chabry

Lena Sidorczuk

CHABRY

Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Nasz mały domek na wsi, który od wielu lat wynajmowaliśmy na lato. Moje pozbawione trosk życie i zabawy na łące z innymi dziećmi. Miałam szesnaście lat.

Słońce już zachodziło, ale żadne z nas nie chciało kłaść się do łóżka. Byliśmy wolni. Szczęśliwi. I tylko to się liczyło. Nic więcej. Wolność. Wolność to uczucie, za które ludzie są w stanie zapłacić najwyższą cenę. Ale ja nie zaprzątałam sobie tym głowy. O wojnie słyszałam tylko z opowieści ukochanej babci, a i tak słuchałam jej niechętnie. Nie miałam właściwie większych problemów prócz tego, co założę następnego dnia i czy rodzice pozwolą mi iść na urodziny Oleny.

Teraz biegłam beztrosko po łące, nie przejmując się tym, że być może jestem już na to za stara. Mój przyjaciel Sasza dogonił mnie i razem wylądowaliśmy w trawie. Śmiałam się, kiedy wyplątywał mi z włosów
maleńkie źdźbła.

– Chabrowe oczy dziewczyny mej,
Na niebie słońce, kwiat w ręku jej,
Na ustach uśmiech, we włosach wiatr,
Kochaj mnie, kochaj nim skończy się świat – zanucił cicho. – Pamiętaj, że gdziekolwiek będziesz, ja zawsze cię dogonię – powiedział, delikatnie całując mnie w policzek. Jego lekki zarost drapał moją skórę, a ja zarumieniłam się po cebulki włosów.

– Przecież nigdzie się nie wybieram – odpowiedziałam. Zerwałam stokrotkę i podniosłam ją na wysokość wzroku.

– Nie wiesz, co przyniesie przyszłość – powiedział, splatając ręce za głową.

– A ty znowu zaczynasz? – Zmarszczyłam brwi i delikatnie uniosłam się na łokciach. – Mówię ci, nie będzie żadnej wojny!

– Chciałbym w to wierzyć, moja Małuszko – powiedział cicho, w zamyśleniu patrząc na płynące po niebie chmury.

Widziałam, jak jego piękne, błękitne oczy zasnuwają się mgłą.

 

Dwa lata później

– Małusza, pośpiesz się, spóźnimy się na pociąg! – wołała moja matka, ciągnąc za rękę moją trzyletnią siostrzyczkę Agatę, która chlipała cicho, ściskając ulubionego misia. Ja pomagałam iść babci, która dzielnie dotrzymywała nam kroku, mimo że miała już prawie osiemdziesiąt lat.

– Ale Sasza… – urwałam i odwróciłam się, chcąc jeszcze raz na niego spojrzeć, ale nie mogłam go dostrzec. Na ulicy były tłumy. Ludzie przepychali się, idąc to w jedną, to w drugą stronę.

Zabrzmiał huk wystrzału. Wzdrygnęłam się. Ten sam dźwięk obudził nas kilka dni temu i wyrwał nocą z moich ramion Saszę.

Zaręczyliśmy się kilka dni temu. Nasi rodzice jeszcze nie wiedzieli. Chcieliśmy zaczekać ze ślubem jakiś czas – póki nie skończę studiów psychologicznych, a Sasza nie znajdzie stałej pracy. Marzył o posadzie nauczyciela historii.

W końcu go zobaczyłam. Kolor munduru dodatkowo podkreślał bladość jego cery. Od tamtej nocy mój narzeczony prawie w ogóle nie sypiał.

Podniósł wzrok i na ułamek sekundy nasze spojrzenia się skrzyżowały. Zobaczyłam w jego oczach łzy.

– Przepraszam, mamo, ale nie mogę. – Odwróciłam się i spojrzałam na matkę, która uważnie mi się przyglądała.

– Co ty mówisz, dziecko? – zapytała, a ja spostrzegłam, że jej usta zaczynają drżeć. Agata patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami przestraszonej łani. Tylko w oczach babci dostrzegłam porozumiewawczy błysk. Jakby o wszystkim wiedziała.

– Wy jedźcie. Ja zostanę – powiedziałam. – Będę walczyć. Za nasz kraj i za miłość. Kocham was! – Wyrwałam się szybko z uścisku płaczącej matki i zniknęłam w tłumie.

* * *

Od kilku tygodni nie widziałam Saszy. Rozdzielono nas wkrótce po tym, jak zaczęły się walki. Krążyły pogłoski, że jego kompania została rozbita pod stolicą. Ale ja w to nie wierzyłam. Wiedziałabym, po prostu czułabym, gdyby zginął.

Krzyknęłam, kiedy odłamek rozorał mi policzek. Nie miałam jednak teraz czasu, żeby martwić się bólem. Obok nas zawalił się budynek. Gorączkowo ściskałam w rękach karabin, czując, że to nasza ostatnia szansa. Wróg był już niedaleko. Wystarczyło, żeby podeszli jeszcze kawałek.

– Obiecałam ci kiedyś, babciu, że nie będę się bać – wyszeptałam i na sygnał zaczęłam strzelać.

* * *

– Przywieziono bandaże! – zawołałam, wpadając do izby chorych z naręczem pakunków.

– Połóż pod ścianą, kochanie – powiedziała starsza pani, Natasza, bibliotekarka, która zgłosiła się do pomocy przy chorych.

Odłożyłam paczki i prawie biegiem wpadłam do sąsiedniej sali. Był tam. Był tam mój Saszka. Kiedy przyniesiono go poprzedniego ranka, myślałam, że to sen. Mówił coś do mnie cicho, ale ja nie potrafiłam rozróżnić słów.

Dotknęłam dłonią jego czoła. Znowu miał gorączkę. Wieczorem na chwilę odzyskał przytomność. Ceremonia ślubna nie odbyła się tak, jak zaplanowaliśmy. Nie miałam pięknej sukni ani przyjęcia z rodziną. Przesiedziałam całą noc na parapecie, modląc się w duchu, by mój ukochany doczekał świtu.

 

50 lat później

– Aleksiej, tylko nie oddalaj się za bardzo! – Patrzyłam na naszego wnuka, który na łące puszczał latawiec.

Jak przed laty znowu byliśmy w naszym letnim domku, a słońce stopniowo chowało się za horyzontem. Siedziałam na ławce i opierałam głowę na ramieniu Saszy. Przeżył. Oboje przeżyliśmy. Wygraliśmy wojnę i obroniliśmy ojczyznę. Nasze dzieci i wnuki mogły spać spokojnie.

Początkowo maskowałam bliznę na policzku, ale z czasem uznałam, że nie mam się czego wstydzić. Sasza powiedział kiedyś, że blizny są jak mapa. Mapa naszego życia. Przypominały nam o tym, czego nie chcieliśmy pamiętać, ale zarazem udowadniały nam, że nigdy nie wolno tracić nadziei.

Zrobiłam tak, jak prosiła babcia. Obiecałam, że nie będę się bać. I choć śmierć i ból zaglądały mi w oczy, nie poddałam się. Delikatnie pocałowałam męża, a on założył mi za ucho kosmyk białych włosów, które wysunęły mi się z warkocza. A na łąkach znów kwitły chabry.

* * *

Post na Facebooku